1. Na granicy miłości a śmierci.



„Love metal męskim okiem”


Na koncert wybrałem się z prostego powodu, a mianowicie z chęci Pani Black. Z początku ten pomysł mi się nie podobał, ale z czasem przekonałem się, że jednak warto jechać. Koncert odbył się w klubie Stodoła. Wpuszczano już od 18, więc pozornie zjawiliśmy się przed 18:30 ze względu na to, że koncert miał rozpocząć się godzinę później. No ale jak się okazało, była kolejka i staliśmy w niej około 30 min. Jak już się dostaliśmy , to okazało się, że nie można mieć ze sobą aparatów i trzeba w depozyt oddać płacąc przy tym 20 zł. Uważam, że takie działanie znacząco wpływa negatywnie na ocenę koncertu, tym bardziej że Live Nation zawsze pozwalało mieć zwykłe aparaty. Pomieszczenie również nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Fani HIM to głównie młodzież w wieku 15-17 lat, co mi bardzo przeszkadzało, szczególnie wtedy gdy nic się nie działo, a widownia piszczała zagłuszając koncert. Krótko po 19:30 pojawił się HIM na scenie. Wyjście było słabe, zupełnie bez żadnych emocji, ponieważ wyszli bez intra, ani bez zapowiedzi, tylko nagle przestała muzyka lecieć, zapaliło się niebieskie światło i po kolei każdy z członków zespołu pojawił się na scenie. Na początku nagłośnienie było tragiczne, ale z każdą piosenką było lepiej ,ale tylko lepiej. Ville Valo nie był w życiowej formie, podczas całego występu utwierdził mnie, że jest średnim wokalistą. Pomimo ciekawego głosu, śpiewać nie za bardzo potrafi. Co do pozostałych muzyków, to mile zaskoczyła mnie gra gitarzysty, a za to podziw należy się perkusiście, który przez 100 min grał prawie to samo. Również klawisze zasługują na duże uznanie, mimo że były za cicho nagłośnione. Ogólnie podsumowując, to miałem wrażenie że zespół odbębnił swoje, ponieważ dopiero pod sam koniec, zaczęli mówić do publiczności. Ale widać takie granie podoba się nastolatkom w okresie dojrzewania, skoro Finowie święcą takie sukcesy...



"Join me in death" Panie Black!


...albo ewentualnie dołącz do mnie na koncercie ;) Po wielokrotnych męczarniach przy muzyce Pana Black (czego się nie robi z miłości), w końcu postanowiłam namówić go na odrobinę przyjemności dla mnie. Oczywiście, że chciałam być przed Stodołą już koło 17.30, ale maruda stwierdził, że on się nie będzie spieszył i pchał przed scenę (zapamiętam to sobie i wykorzystam przed jego koncertami). Na miejscu byliśmy aż godzinę później, gdzie przywitała nas ogromna kolejka. Jedyny minus koncertu wyłonił się tuż po wejściu do klubu - konieczność zaniesienia aparatu do depozytu (20zł). Mój mały aparacik nocnych / klubowych zdjęć robić nie potrafi, jakość wychodzi gorsza niż za pomocą większości nowych telefonów. Z jakiej więc paki ja muszę go oddawać, a posiadacze najnowszych s*ajfonów nie? To NIE jest sprawiedliwe, oj nie. No ale dobra, przed tak ważnym wydarzeniem, nie popsuje mi humoru taka błahostka. Weszliśmy więc do środka, zajęliśmy miejsca (niestety nie były one blisko sceny, więc widoczność była tragiczna - dziękuję Panie Black :( ) i oczekiwaliśmy na rozpoczęcie. Sala koncertowa była dość mała, a ludzie w niej jak sardynki w puszce. Pan Black wcześniej wyrażał swoje negatywne opinie, że na pewno wiek ludzi będzie się wahał w granicach 15-17 lat, że będą skakać jeden na drugim, tworzyć pogo, a ubiór sandałów może być moją najgorszą decyzją życia. Już dawno nie widziałam, by ktoś się aż tak pomylił w osądzie. Wiek ludzi był zróżnicowany, ale jednak więcej było par w wieku ok. 30 lat, a nastolatków prawie wcale nie było. Kulturalna widownia nie robiła żadnej zadymy, nikt po nikim nie skakał (jak mi to wcześniej wmawiał Pan Black). Jedyne, co było denerwujące, to dziewczyny, które w czasie koncertu ciągle gdzieś latały i się przepychały. Co do samego koncertu, to emocje były niesamowite. Cała widownia śpiewała wraz z wokalistą wszystkie kawałki. Nigdy wcześniej nie słyszałam czegoś tak niesamowitego na żadnym koncercie Pana Black. Ale tak to jest, jak się woli masówki. Ja tam zawsze byłam za zespołami mniej popularnymi, które w swych utworach miały jakieś przesłanie . Dzięki temu wiedziałam, że fani mogą być w pewnym stopniu podobni do mnie - są unikalni. Zawsze przed koncertami słyszałam, że wszyscy się ze sobą łączą, wymyślają różne akcje koncertowe itp., aby pokazać zespołowi , że mają najlepszych fanów na świecie. Nigdy czegoś takiego nie było przed imprezami Pana Black. U niego, to raczej niewiele osób śpiewa z wokalistą, nigdy nie ma tej magii. No ale wracając do HIM'a - głos Ville Valo na żywo był genialny. Zespół wykonał kawał dobrej roboty. Szkoda tylko, że piski i aplauz widowni po piosenkach były tak głośne - nie dało się przez to słyszeć, co mówi wokalista. Kontakt z publiką był niewielki, ale niczego innego się po nich nie spodziewałam - słyszałam, że nigdy nie było to ich mocną stroną. Ogółem, ten koncert był najlepszym, na jakim byłam z Panem Black (a wierzcie mi, trochę tego już było). Jeżeliby za jakiś czas ponownie przyjechali do Polski, to poruszyłabym niebo i ziemię, by tylko znów to wszystko poczuć, usłyszeć i zobaczyć. A i pewnie Pan Black już by mi tak nie lamentował ;)




PS Jak myślicie, jaka kara będzie najlepsza dla Pana Black za słowa " Ale widać takie granie podoba się nastolatkom w okresie dojrzewania"? Liczę na Was w komentarzach! :)